O autorze
Mam trzech synów i od urodzenia mieszkam w Toruniu. Uwielbiam przesiadywać w kawiarniach, pić herbatę, obserwować i debatować. Odpoczywam wyłącznie w kinie lub z książką w fotelu. Ewentualnie wsiadam na rower i jadę przed siebie. Ukończyłam socjologię na toruńskim uniwersytecie oraz zarządzanie kulturą w PAN. Przez 12 lat pracowałam w międzynarodowej korporacji i zajmowałam się marketingiem oraz public relations. Ukończyłam fantastyczną Szkołę Liderów profesora Zbigniewa Pełczyńskiego. Aktualnie jestem Posłanką na Sejm RP , wiceprzewodniczącą klubu i członkinią zarządu Nowoczesna. Wcześniej byłam radną Miasta Torunia i przewodniczącą klubu „Czas Mieszkańców”, wywodzącego się z ruchów miejskich.

Przez kilkanaście lat intensywnie działałam w organizacjach pozarządowych: jestem współzałożycielką pierwszego w województwie kujawsko-pomorskim Stowarzyszenia Wyborcy działającego na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Byłam również wieloletnią wiceprezes Stowarzyszenia Rzeczpospolita Babska działającego na rzecz kobiet. Z przyjaciółmi założyliśmy Fundację Win-Win, z którą zrealizowałam kilkadziesiąt imprez kulturalnych w Europie i Azji. I ostatnio współtworzyłam pierwszy ruch miejski w Toruniu "Czas mieszkańców", który z impetem wszedł do rady miasta.

Głodująca kultura

A. Pasożyt, protestujący artysta
A. Pasożyt, protestujący artysta Fotografia własna
W ciągu ostatnich kilku dni znów do debaty publicznej przebiła się dyskusja o polskiej kulturze. To smutne, że tak ważne kwestie muszą się przebijać w gąszczu amber goldów, reprywatyzacji czy kolejnych awantur wszczynanych przez nacjonalistów. Ale jakość i treść przekazów dnia mówią sporo o nas samych, o naszym społeczeństwie. Z ostatniej dyskusji o kulturze chciałabym wyłowić dwugłos opinii na temat kondycji i przyszłości kultury narodowej.

Z jednej strony stoi Prezes Jarosław Kaczyński, którego pojęcie kultury sprowadza się do odbudowy zamków kazimierzowskich i krzewieniu romantycznej kultury narodowej, która owszem, krzepiła serca 200 lat temu pod zaborami, ale zupełnie nie przystaje do współczesności.
Z drugiej strony mamy protest przeciwko upartyjnianiu kultury, prowadzony przez toruńskiego artystę o pseudonimie Arek Pasożyt. Arek od wielu dni prowadzi głodówkę, która jest wyrazem niezgody na zawłaszczanie sfery kulturalnej przez polityków, nie tylko pisowskich.

Słowa Prezesa Kaczyńskiego podczas ostatniego kongresu partyjnego w Przysusze o przywracaniu wolności kulturze zawierają 2 fundamentalne kłamstwa: po pierwsze Kaczyński kłamie, że przed jego rządami kultura była zniewolona. Owszem, za czasów PO i PSL dochodziło wielokrotnie do machinacji przy obsadzie stanowisk dyrektorskich w instytucjach kultury. Niechlubnym tego przykładem jest mój rodzinny Toruń i sprawa obsady dyrektora Teatru im. Wilama Horzycy. Innym głośnym przykładem zniewalania swobody twórczej było zamieszanie chociażby wobec spektaklu Golgota Picnic na poznańskiej Malcie.

Jednakże o prawdziwym zniewoleniu kultury i wolności tworzenia można mówić dopiero teraz, gdy rządy sprawuje PiS. I tu dochodzimy do drugiego fundamentalnego kłamstwa Prezesa Kaczyńskiego. Nie można mówić o uwalnianiu kultury, jednocześnie rozbijając kultowy festiwal w Opolu i dzieląc artystów. Nie jest działaniem na korzyść kultury rozbijanie uznanych instytucji kulturalnych przez zamordystycznych piewców dobrej zmiany (jak chociażby dyrektorzy Teatru Polskiego we Wrocławiu czy Warszawskiej Opery Kameralnej). Nie ma nic wspólnego z rozwijaniem kultury próba uśmiercenia uznanego festiwalu teatralnego na poznańskiej Malcie. To nie wolność, tylko orwellowskie zniewolenie. Kultura made in PiS to pomieszanie glorii victis z disco polo, cepelii z katolicyzmem.

Tymczasem w Toruniu od wielu dni Arek Pasożyt, malarz i performer, prowadzi głodówkę w obronie niezależności kultury w naszym kraju. Domaga się przestrzegania wolności w kulturze, które zostały spisane i opublikowane 1 maja w Deklaracji Sprzeciwu (www.deklaracjasprzeciwu.pl) przez Grupę nad Wisłą, czyli środowisko twórców kultury powiązanych z Toruniem. To nie są żadne ekstrasy, frukty czy przywileje. To fundamentalne prawa ludzi kultury: do wolności tworzenia, do transparentności decyzji personalnych i finansowych, do pluralizmu, do wspierania kultury wysokiej, dzięki której my, jako społeczeństwo, możemy się rozwijać (nawet jeśli nie wszyscy z nią regularnie obcują).

O Arku jest głośno, ponieważ do tej pory najczęściej głodowali górnicy, pielęgniarki czy inne grupy zawodowe. Ale nikt nie pamięta głodówek artystów w naszym kraju. Bo też od 1989 roku chyba nigdy nie było z kulturą tak źle. Nie mam złudzeń, że polityczni decydenci przejmą się tym protestem, ani że wezmą sobie do serca postulaty Deklaracji Sprzeciwu. Arek zapowiedział, że będzie głodował do skutku, czyli w tym przypadku pewnie do momentu, kiedy trafi do szpitala. Tym bardziej należy docenić jego działanie, bo to wołanie o to, abyśmy unieśli głowę znad talerza zupy, wyłączyli na chwile telewizor i po prostu zaczęli myśleć o tym, co nie jest oczywiste i namacalne, kiedy jest, ale staje się bardzo doskwierające, kiedy tego nie ma. Mowa tu o wolności i o szacunku.

Mamy w kraju obecnie do czynienia z kulturą na głodowej diecie, zarówno w sensie metaforycznym, jak i tym najbardziej dosłownym.
Z jednej strony Ministerstwo Kultury niszczy naszą kulturę obcinając dotacje na instytucje i inicjatywy „nieprawilne”. Z drugiej strony podejmowane są tak rozpaczliwe w swoim wyrazie inicjatywy obrony wolności tworzenia, jak głodówka Arka Pasożyta. Przypomina mi się „Mała Apokalipsa”. Czy naprawdę chcemy żyć w takiej Polsce, jak ta z książki Konwickiego? Czy w obronie podstawowych naszych wolności musimy się uciekać do tak dobitnych form protestu? Czy po to opozycjoniści gnili w więzieniu, a społeczeństwo w upodleniu?
Trwa ładowanie komentarzy...